- Witaj Versace. Długo się nie widzieliśmy..
- Dokładnie dwie godziny.
Wtrąciłam czując nagłe zmęczenie i zirytowanie całym Stev'em. Nie mógł się po prostu odczepić? To nie było przecież takie trudne. Skoro ta Panna mu się dała to niech sobie do niej leci a mnie zostawi w spokoju.. Wracając myślami do zaistniałej sytuacji, zmrużyłam swoje powieki i uniosłam nieco walecznie swoją brodę a następnie rzekłam nieco przesłodzonym tonem głosu.
- Wyświadcz mi przysługę..
Widziałam jak jego oczy zaświeciły się. Proszę, w końcu nieczęsto Versace prosiła go o jakiekolwiek przysługi. Widząc jego zapał aż zrobiło mi się niedobrze, co ja widziałam w tym idiocie? Odparł równie przesłodzonym tonem głosu na co musiałam stłumić odruchy wymiotne.
- Co tylko zechcesz, Ver, dobrze o tym wiesz.
- Świetnie. Wyświadcz mi przysługę i się odwal.
To rzekłszy wyminęłam go i poszłam w kierunku wyznaczonego sobie celu. Potrzebowałam chwili dla siebie, potrzebowałam czegoś ciepłego. Kawy, herbaty bądź czekolady. Chciałam się poczuć jak normalny człowiek, którego jedynym problemem jest bezustannie znikające ciasto ilekroć się je zamówi. Ze szkoły do najbliższej kawiarni miałam jakieś dwadzieścia pięć minut drogi, i nawet to wystarczyło bym piekielnie zmarzła. Znalazłszy się w kawiarni zajęłam miejsce przy oknie i zamówiłam kawę wraz z kawałkiem szarlotki. Z torby wyciągnęłam książkę by rozerwać się jakoś, zrelaksować po tym beznadziejnym dniu. Czas tak szybko mijał, że prawie wyszłam z siebie kiedy usłyszałam kelnera oznajmiającego mi iż zamykają lokal. Rozglądnęłam się wokół i spostrzegłam, że poza mną nie ma nikogo. Odwróciwszy wzrok w kierunku okna wytrzeszczyłam swe oczy.
- O cholera!
Rzekłam aż za głośno i zaczęłam się zbierać do wyjścia czym doprowadziłam kelnera do chichotu. Zapłaciłam banknot za kawę i ciastko i czym prędzej wyszłam z lokalu kierując się w stronę domu. Idąc w szybkim tempie jedną z opustoszałych uliczek, uniosłam wzrok. I wtedy właśnie go zobaczyłam. Stał pod wielką, starą wierzbą płaczącą. No, może nie dosłownie stał, raczej się o nią opierał jakby był zmęczony po długim biegu. Nie mogłam dostrzec w mroku jego twarzy a światło bijące od stojącej nieopodal latarni nie sięgało miejsca, w którym się opierał. Wewnątrz siebie toczyłam bitwę. Podejść czy zignorować i wrócić do domu? Zawsze byłam dla wszystkich pomocna choć charakter mógł sugerować co innego. Przełamując się zrobiłam kilkanaście kroków aż znalazłam się w cieniu ogromnego drzewa. Pokonując swój niezrozumiały lęk, który pojawił się znikąd, spytałam choć wszystko we mnie wrzeszczało: ,,uciekaj!’’.
- Czy wszystko w.. w porządku?
Nieznajomy drgnął jak rażony gromem
i powoli, z wahaniem odwrócił się w moją stronę. W mroku
dostrzegłam jego oczy, które błyszczały własnym światłem,
złotą otoczką, która podsunęła mi na myśl pierścienie,
a następnie odezwał się powodując tym samym iż przez moje ciało
przeszedł chłodny, niemal lodowaty dreszcz pożądania.
- Versace.. Nic Ci nie jest.
W jego głosie słychać było wyraźnie
ulgę a kontury jego ciała jakby nieco opadły. ,,Aha, odpręża
się..’’ pomyślałam. Z drugiej strony.. skąd u licha znał
moje imię? Przecież nawet się nie przedstawiałam! W dodatku nie
mógł mnie znać bo nie znałam nikogo, czyje oczy iskrzyłyby
się tą złotą otoczką. Otworzyłam usta by coś powiedzieć lecz
nim zdążyłam choćby wyrzec pierwszą literę, odezwał się znów
a jego słowa spowodowały, że poczułam jakby ktoś wylał na mnie
kubeł lodowatej wody w upalny dzień. A kiedy miałam takie uczucie,
to zazwyczaj nie wróżyło nic dobrego.
- To i tak nie koniec, to dopiero
początek..
Cholera, co on mówił? Że to nie koniec? Że to dopiero początek? Ale jaki początek? Zablokowałam swoim myślom dostęp na zadawanie mi pytań, na które nie znałam odpowiedzi. Zamiast tego skupiłam się na twarzy nieznajomego i naskoczyłam na niego nieco gwałtownie.
- Słuchaj no, jeśli to jest jakiś głupi kawał to wiedz, że mnie nie wystraszysz.
Nieznajomy wydawał się być zdziwiony, wyrażały to jego oczy, po nich poznałam również, że nieznajomy się uśmiecha. Znów rozległ się jego głos a ja po raz kolejny poczułam lodowaty dreszcz pożądania, który przeszył moje ciało.
- Jesteś dokładnie taka, jak mi opowiadali.. Taka sama, charakter, wszystko..
Wyciągnął dłoń i po chwili poczułam jak jego palce muskają mój policzek. Dotyk był niemal elektryzujący. Dreszcz pożądania wzmógł się a ja za wszelką cenę chciałam go dotknąć, przytulić i nie puszczać nigdy więcej.
- Musimy Cię teraz chronić. Nie wiem czemu mnie do tego przydzielili, ale skoro tak zrobili to nie mogłem odmówić.
Co u licha? Chronić? Że go przydzielili i kazali mu mnie chronić? Ja nie potrzebowałam ochrony, umiałam sobie doskonale sama poradzić. Nim zdążyłam cokolwiek zrobić poczułam jak grunt osuwa mi się spod stóp a obraz traci na ostrości, zamazując się niewyraźnymi plamami. Kolory zlewały się ze sobą aż w końcu widziałam jedynie ciemność. Ciemność i coś jeszcze. Oczy otoczone złotymi pierścieniami. Potem nic nie pamiętałam ani nie słyszałam, zemdlałam.
***
Dobra. Rozdział pierwszy już jest. Nie wyszedł najpiękniej, moje pisanie ogólnie jest dziwne. Domyślam się, że każdy z was zerknąwszy na tekst pomyśli "lanie wody". W sumie to macie rację :3
Widać, bardzo oryginalne pisanie, na prawdę dobre.
OdpowiedzUsuń