Playlista

czwartek, 12 września 2013

Rozdział Pierwszy: Początek.

Dzień był niesamowicie chłodny jak na tę porę roku. Nie pomagało nawet to, że miałam na sobie grubą bluzę i długie spodnie. Wiatr dął tak mocno, że czułam jak moje włosy łopoczą za mną a oczy musiałam mrużyć by piach nie wpadał mi bezustannie do nich. Odgarniając po raz kolejny kosmyki włosów ze swej twarzy zmuszona byłam przymknąć swoje oczy i na wskutek tego zderzyłam się z kimś. Powoli otwierając oczy westchnęłam nieco podirytowana. To był Steve. W ciągu dnia odnajdował mnie kilkakrotnie by choć na chwilę mnie dotknąć czy pogadać, było to nieco natrętne ale wiedziałam czemu tak było. Cofnijmy się do wydarzenia sprzed miesiąca. Do tej pory nie mogłam mu wybaczyć zdrady. Może robiłam wielkie halo o nic bo to w końcu był pocałunek, jednak ja w żadnym calu nie tolerowałam zdrady. Steve dokonał jej z niejaką Alison. Nie znałam jej ale z tego co wyłapywałam chwilami z paplaniny Steve'a była nową uczennicą w tej szkole. Teraz co prawda uczy się tu półtora miesiąca, za Chiny nie potrafię zrozumieć czemu wszyscy tak za nią latają. Owszem, była ładną dziewczyną ale bez przesady, żeby biegać za nią z wywieszonym ozorem, śliniąc się przy tym jak buldog. To zaczęło się chłodnego wieczora, wtedy była organizowana domówka w naszym domu akurat, a jako że urządzał ją rok starszy ode mnie brat to nie miałam nic do gadania. Prawa młodszego rodzeństwa były przerażające. Pamiętam jakby to się wydarzyło wczoraj. Pamiętam, że poszłam do kuchni po więcej napoju, pamiętam dwie postaci poruszające się kiedy ich dłonie błądziły wzajemnie po sobie, pamiętam iż nie mogłam uwierzyć, że to Steve. I to jak się wtedy tłumaczył ,, Ver, to przez alkohol! I to nie ja ją, a ona mnie pocałowała!''. Trele morele. Znałam jego słabość do dziewczyn i mimo iż ze mną był to nie przeszkadzało mu to by bezczelnie gapić się jakiejś Pannie w cycki i niby "przypadkowe" dotknięcie jednego z cycków owej Panny. To było irytujące, w sumie nawet nie wiedziałam dlaczego się z nim związałam. Może urzekło mnie to, że w głębi był fajnym chłopakiem? A może porażająca głębia jego oczu? Lub ten uśmiech? Wariantów było wiele, ale nigdy nie mogłam odgadnąć, który z nich na mnie tak trwale podziałał. Tak więc, mój półtora roczny związek ze Stev'em zakończył się tamtego feralnego dnia. Nienawidzę zatem 31 sierpnia. Moje dość głębokie rozmyślania przerwało chrząknięcie Steve'a.
- Witaj Versace. Długo się nie widzieliśmy..
- Dokładnie dwie godziny.
Wtrąciłam czując nagłe zmęczenie i zirytowanie całym Stev'em. Nie mógł się po prostu odczepić? To nie było przecież takie trudne. Skoro ta Panna mu się dała to niech sobie do niej leci a mnie zostawi w spokoju.. Wracając myślami do zaistniałej sytuacji, zmrużyłam swoje powieki i uniosłam nieco walecznie swoją brodę a następnie rzekłam nieco przesłodzonym tonem głosu.
- Wyświadcz mi przysługę..
Widziałam jak jego oczy zaświeciły się. Proszę, w końcu nieczęsto Versace prosiła go o jakiekolwiek przysługi. Widząc jego zapał aż zrobiło mi się niedobrze, co ja widziałam w tym idiocie? Odparł równie przesłodzonym tonem głosu na co musiałam stłumić odruchy wymiotne.
- Co tylko zechcesz, Ver, dobrze o tym wiesz.
- Świetnie. Wyświadcz mi przysługę i się odwal.
To rzekłszy wyminęłam go i poszłam w kierunku wyznaczonego sobie celu. Potrzebowałam chwili dla siebie, potrzebowałam czegoś ciepłego. Kawy, herbaty bądź czekolady. Chciałam się poczuć jak normalny człowiek, którego jedynym problemem jest bezustannie znikające ciasto ilekroć się je zamówi. Ze szkoły do najbliższej kawiarni miałam jakieś dwadzieścia pięć minut drogi, i nawet to wystarczyło bym piekielnie zmarzła. Znalazłszy się w kawiarni zajęłam miejsce przy oknie i zamówiłam kawę wraz z kawałkiem szarlotki. Z torby wyciągnęłam książkę by rozerwać się jakoś, zrelaksować po tym beznadziejnym dniu. Czas tak szybko mijał, że prawie wyszłam z siebie kiedy usłyszałam kelnera oznajmiającego mi iż zamykają lokal. Rozglądnęłam się wokół i spostrzegłam, że poza mną nie ma nikogo. Odwróciwszy wzrok w kierunku okna wytrzeszczyłam swe oczy.
- O cholera!
Rzekłam aż za głośno i zaczęłam się zbierać do wyjścia czym doprowadziłam kelnera do chichotu. Zapłaciłam banknot za kawę i ciastko i czym prędzej wyszłam z lokalu kierując się w stronę domu. Idąc w szybkim tempie jedną z opustoszałych uliczek, uniosłam wzrok. I wtedy właśnie go zobaczyłam. Stał pod wielką, starą wierzbą płaczącą. No, może nie dosłownie stał, raczej się o nią opierał jakby był zmęczony po długim biegu. Nie mogłam dostrzec w mroku jego twarzy a światło bijące od stojącej nieopodal latarni nie sięgało miejsca, w którym się opierał. Wewnątrz siebie toczyłam bitwę. Podejść czy zignorować i wrócić do domu? Zawsze byłam dla wszystkich pomocna choć charakter mógł sugerować co innego. Przełamując się zrobiłam kilkanaście kroków aż znalazłam się w cieniu ogromnego drzewa. Pokonując swój niezrozumiały lęk, który pojawił się znikąd, spytałam choć wszystko we mnie wrzeszczało: ,,uciekaj!’’.
- Czy wszystko w.. w porządku?
Nieznajomy drgnął jak rażony gromem i powoli, z wahaniem odwrócił się w moją stronę. W mroku dostrzegłam jego oczy, które błyszczały własnym światłem, złotą otoczką, która podsunęła mi na myśl pierścienie, a następnie odezwał się powodując tym samym iż przez moje ciało przeszedł chłodny, niemal lodowaty dreszcz pożądania.
- Versace.. Nic Ci nie jest.
W jego głosie słychać było wyraźnie ulgę a kontury jego ciała jakby nieco opadły. ,,Aha, odpręża się..’’ pomyślałam. Z drugiej strony.. skąd u licha znał moje imię? Przecież nawet się nie przedstawiałam! W dodatku nie mógł mnie znać bo nie znałam nikogo, czyje oczy iskrzyłyby się tą złotą otoczką. Otworzyłam usta by coś powiedzieć lecz nim zdążyłam choćby wyrzec pierwszą literę, odezwał się znów a jego słowa spowodowały, że poczułam jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody w upalny dzień. A kiedy miałam takie uczucie, to zazwyczaj nie wróżyło nic dobrego.
- To i tak nie koniec, to dopiero początek..
Cholera, co on mówił? Że to nie koniec? Że to dopiero początek? Ale jaki początek? Zablokowałam swoim myślom dostęp na zadawanie mi pytań, na które nie znałam odpowiedzi. Zamiast tego skupiłam się na twarzy nieznajomego i naskoczyłam na niego nieco gwałtownie.
- Słuchaj no, jeśli to jest jakiś głupi kawał to wiedz, że mnie nie wystraszysz.
Nieznajomy wydawał się być zdziwiony, wyrażały to jego oczy, po nich poznałam również, że nieznajomy się uśmiecha. Znów rozległ się jego głos a ja po raz kolejny poczułam lodowaty dreszcz pożądania, który przeszył moje ciało.
- Jesteś dokładnie taka, jak mi opowiadali.. Taka sama, charakter, wszystko..
Wyciągnął dłoń i po chwili poczułam jak jego palce muskają mój policzek. Dotyk był niemal elektryzujący. Dreszcz pożądania wzmógł się a ja za wszelką cenę chciałam go dotknąć, przytulić i nie puszczać nigdy więcej. 
- Musimy Cię teraz chronić. Nie wiem czemu mnie do tego przydzielili, ale skoro tak zrobili to nie mogłem odmówić.
Co u licha? Chronić? Że go przydzielili i kazali mu mnie chronić? Ja nie potrzebowałam ochrony, umiałam sobie doskonale sama poradzić. Nim zdążyłam cokolwiek zrobić poczułam jak grunt osuwa mi się spod stóp a obraz traci na ostrości, zamazując się niewyraźnymi plamami. Kolory zlewały się ze sobą aż w końcu widziałam jedynie ciemność. Ciemność i coś jeszcze. Oczy otoczone złotymi pierścieniami. Potem nic nie pamiętałam ani nie słyszałam, zemdlałam.



***
Dobra. Rozdział pierwszy już jest. Nie wyszedł najpiękniej, moje pisanie ogólnie jest dziwne. Domyślam się, że każdy z was zerknąwszy na tekst pomyśli "lanie wody". W sumie to macie rację :3 

1 komentarz: